Radomianie dla Demokracji

Mój list do Prezydenta Rzeczypospolitej

Mój list do Prezydenta Rzeczypospolitej

 W polskiej przestrzeni publicznej zaistniało ostatnio wydarzenie, haniebne, które mrozi krew w żyłach, które wciąż zbyt mało przebija się do opinii publicznej, które wciąż zbyt mało wzbudza obywatelskiego protestu, zbyt mało obywatelskiego gniewu – jakże ubolewam! Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej objął narodowym patronatem 75. rocznicę powstania Brygady Świętokrzyskiej. Równocześnie z objęciem takim patronatem bohaterskiej Bitwy Warszawskiej. Żeby do końca zmanipulować polską historię. Żeby zmieszać w tym tyglu polskiej hańby, z którą Polacy wciąż muszą się mierzyć, to co w nim najpodlejsze z najczystszej próby bohaterstwem – morzem krwi przelanej o wolną, demokratyczną Polskę.

Brygada Świętokrzyska – formacja powołana przez Narodowe Siły Zbrojne wyłonione podczas tej okrutnej wojny przez Obóz Narodowo – Radykalny, faszystowski w swoim jądrze od zawsze, organizator haniebnych, żydowskich pogromów, pragnących jakiejś wielkiej Polski, toksycznie narodowej, nienawistnej wobec wszystkiego, co nie plemienne, Polski wstecznictwa, Polski targowicy, Polski funkcjonującej wbrew swojej najwyższej racji stanu, której niezmiennym azymutem jest przecież wolność, otwartość, europejskość. O to walczyły pokolenia Polaków. Brygada Świętokrzyska – to apogeum tej ideologii, ona miała ją podczas tej wojny w Polsce realizować, ona miała za zadanie zatruwać nią polskie dusze. To był czystej próby faszyzm i innej definicji nie ma. Że wchodziła czasem w potyczki z Niemcami? Wchodziła, bo była straszna okupacja, bo był zaborca, bo czasem tak wyszło. To był jednak tylko margines, to były incydenty. Bez żenady współpracowała z jednostkami niemieckimi na różnych szczeblach, naszpikowana agentami Gestapo, korzystająca w okresie swojej haniebnej działalności z niemieckich dostaw broni, niemieckiego wsparcia logistycznego, niemieckiego przymrużania oka na jej obecność. Nigdy nie podporządkowana dowództwu Armii Krajowej, wręcz wroga wobec wspaniałego Państwa Podziemnego – bez tej haniebnej kolaboracji nie miałaby racji bytu.

I teraz ten narodowy patronat – ten kolejny akt polskiej hańby. Protestują najszlachetniejsi, protestują dzieci warszawskich powstańców, protestuje, na razie, zaledwie garść Obywateli – jakąż mam nadzieję, że zaprotestuje nas więcej. A w swoim proteście, w swoim gniewie, w swoim oburzeniu, kreślę list do Prezydenta Rzeczpospolitej. Będzie to list pisany bez znieczulenia, bo miarka się przelała, ale nie będzie to „hejt”, a kto by tak ten tekst potraktował, będzie krętaczem usiłującym odebrać moim słowom „jedyność i prawdziwość”, bo pragnę, żeby tak ten mój list wybrzmiał. Więc go kreślę:

Panie Prezydencie,

Dokonał Pan w ciągu czterech lat swojej kadencji niezliczonych wprost czynów dewastujących instytucje demokratycznego państwa prawa – bo to nie tylko 13 deliktów konstytucyjnych. Kto nie ślepy – przecież widzi to jak na dłoni, próżno wymieniać. Tak Pan wybrał. Nasuwa się pytanie, ile w tym Pana wyborze głupoty, o którą trudno posądzać doktora praw najznakomitszej polskiej uczelni, ile cynizmu, ile pragnienia politycznej kariery, ile osobniczej małości. Ustawił Pan się świadomie jako przystawka silnego człowieka, któremu na chwilę udało się podstępnie zawładnąć Polską, politycznego szaleńca, który ciągnie Polskę w przepaść, któremu potrzebna jest Pana kontrasygnata tego, co niecnie czyni, żeby zachować złudne pozory, że wszystko jest „lege artis”. To wielki ból, ale to można jeszcze jakoś zrozumieć podglądając historię, bo wiele jest przecież w niej serwilizmu, wiernopoddaństwa, pretorian ślepo wodzowi służących z jakichś właściwych im motywów, niezależnie dokąd wódz wiedzie.

Na Pana przyszło jednak wzmożenie, wybicie się na inicjatywy własne ujmujące w słowa obłędny pomysł Pana pryncypała na Polskę toksycznie narodową, wyznaniową, zamkniętą w kokonie plemienności i „naszyzmu” - słowa, których sprytny taktyk woli osobiście nie wypowiadać. Rozpoczął Pan od akceptacji tej myśli przewodniej rzuconej w imieniu wodza z trybuny sejmowej, od której rozpoczął się proces dewastacji demokratycznego państwa prawa: suweren ponad prawem, mając skądinąd pełne usta priorytetu prawa przed przemocą, kiedy przemawia Pan z racji swego urzędu z trybuny ONZ-tu. Suweren – nie obywatel, masa ludzka, tłum bez twarzy, oddający bez refleksji swoją nieuświadomioną wolność w ręce silnego człowieka za złudne poczucie bezpieczeństwa, za tłustą miskę strawy, wrzeszcząc – jak to tłum, któremu o nic nie chodzi – „panem et circenses”, chleba i igrzysk.

A później poszło dalej. Żołnierze wyklęci. Ten niezwykle złożony konglomerat polskiego oporu wobec dominacji sowieckiej, krótki jak mgnienie oka, kiedy istniała jeszcze nadzieja na zmianę polskiego losu. Kilkadziesiąt tysięcy ofiar komunistycznych represji – wywózki, gułag, tortury, setki wyroków śmierci. Rozpaczliwie walczący o lepszą Polskę WiN ze swoją żelazną zasadą „bez przemocy” – to Mazurkiewicz, Rzepecki, bohaterowie okupacyjnej walki zbrojnej, którzy ponieśli śmierć w ubeckich kazamatach. Dlaczego o tym się nie mówi? A jeśli już, kiedykolwiek - dlaczego niecnie wykorzystuje się ten dramat dla umniejszenia bohaterskiego czy zbrojnego okresu wojny wskazując na te ofiary, jedne przecież z wielu, jako na wiodących bojowników o wolną Polskę. Co więcej – wyłuskując spośród tych tysięcy ofiar kilka tylko postaci najbardziej kontrowersyjnych – tak, początkowo uczestników walki zbrojnej w formacjach Armii Krajowej, później jednak sprzeniewierzających się jej wielkiemu etosowi, jakże często kolaborujących z komunistycznymi władzami, obdarowywanych na krótko wysokimi funkcjami w Urzędach Bezpieczeństwa, siejących śmierć białoruskim współbraciom dlatego, że prawosławni, nie współplemieńcy, puszczających z dymem ich wioski, po dziś dzień wywołujących traumę na swoje wspomnienie u tych, którzy to wiąż w Hajnówce i setkach podlaskich i suwalskich wsi pamiętają. To Rajmund Rajs, „Bury”, to Zygmunt Szendzielarz, „Łupaszka”, to Józef Kuraś, „Ogień”, mordujący również współbraci Żydów i Słowaków. To ich prezentuje się jako narodowych bohaterów, no, ażeby uwiarygodnić historyczne kłamstwo – dorzuca się do niech bohaterów najbardziej autentycznych, patriotów najwyższej próby, kalając ich imiona w panteonie Wielkich: gen. Okulickiego, „Niedźwiadka”, gen. „Nila” Fieldorfa, bohaterskiego rotmistrza Pileckiego, autora wstrząsającego raportu o „Holocauście”. To ich portrety wiszą w nawach polskich kościołów ślepych na zbrodnie jakich się dopuszczali – zbrodnie z rasowej nienawiści. To im urządza się celebrowane pogrzeby z udziałem najwyższych władz państwowych.

I Pan w tym uczestniczy, Panie Prezydencie. Pan przeciw temu nie protestuje, a wystarczyłoby kilka słów majestatu Rzeczypospolitej, żeby Polacy otrzymali inny sygnał: że to jest przekłamanie historii w imię obłędnej wizji „innej Polski”, której mitem założycielskim nie jest to, co najbardziej nobilituje Polaków w ostatnim ćwierćwieczu – polski „okrągły stół”, jakże niecnie wdeptywany w ziemię, idea narodowego pojednania, nasza przepustka do Europy, do wspólnoty wolnych narodów i wolnych ludzi, nasza polska agora, wspólna europejska spuścizna rozmowy ponad podziałami dążącej do wspólnego dobra. Sygnał, który Pan od początku kadencji swojego urzędu akceptuje i wspiera, jest inny, złowieszczy: że mitem założycielskim tej „innej Polski” musi być bratnia krew na polskiej ulicy, podziały, „naszość”, budzenie nieustannego lęku przed obym – nie współplemieńcem, państwo wyznaniowe zamknięte na wszelką inność.

A później poszło jeszcze dalej: Pana przyzwolenie na haniebne marsze polskich faszystów pod zwłowieszczym znakiem falangi wrzeszczących o jakiejś „białej Polsce”, domagających się śmierci jakichś „wrogów narodu”, później bezkarnie palących kukłę Żyda, wznoszących łapy z okrzykiem „heil und sieg” w dni urodzin Adolfa Hitlera, wieszający podobizny polskich europosłów upominających się o polską praworządność, tych samych, co wcześniej palili żywcem swoich żydowskich współbraci w Jedwabnym – i nie tylko tam. Pan to akceptuje, daje temu publiczny wyraz – ani słowa prezydenckiego sprzeciwu. Nie zabiera Pan głosu, kiedy w Białymstoku dokonuje się kolejna hucpa, kiedy dochodzą do głosu siły wstecznictwa, wciąż obecna na polskiej ziemi targowica, kiedy na ludzi upominających się o swoje niezbywalne, obywatelskie prawa dokonuje się brutalnego ataku z wrzaskiem, że broni się jakiegoś kościoła sprzeniewierzającego się uniwersalnemu przesłaniu Ewangelii „obyście się wzajemnie miłowali”. Milczy Pan, ani słowa protestu wobec faktu, że tej krucjacie przewodzą politycy z bliskiej Panu formacji politycznej, którym włos nie spada z głowy.

No i tak dochodzi do tej kropki na „i”, do roztoczonego przez Pana narodowego patronatu nad rocznicą powstania faszystowskiej formacji, polskiej hańby i polskiego wstydu, czemu towarzyszy wspierające Pana kłamstwo wypowiedziane przez Pana ideowe zaplecze, szefa Urzędu ds. Kombatantów, że „…Brygada Świętokrzyska nigdy nie kolaborowała z Niemcami…”, że „…to jej czarna legenda…”. Daje Pan zwłowieszczy sygnał Polakom: droga do faszyzacji kraju zostaje otwarta. Wskazuje Pan drogę do narodowej katastrofy.
Panie Prezydencie, określa Pan tym ostatecznie swoje miejsce, jaki wyznaczy Panu historia: tam, gdzie hańba i wstyd: tego jestem pewien. Mimo tego, nie czuje do Pana nienawiści, bo nie ma nic, co niszczyłoby nasze człowieczeństwo bardziej, niż nienawiść. Chcę tylko coś Panu podpowiedzieć, może Pan z tego skorzysta: droga powrotu na dobrą stronę mocy jest zawsze otwarta. Mając wciąż te pełne usta Polski, niechże Pan się przełamie, niechże Pan wypowie to jedno zdanie: stop faszyzmowi, gdziekolwiek na świecie, a w dotkniętej nim tak okrutnie Polsce w szczególności. Tego Panu życzę.

A gdyby Pan i Pana służby doszły do wniosku, że powiedziałem choć jedno słowo za dużo, że podniosłem rękę na Pana miałki majestat, że popełniłem przestępstwo – stawiam się do dyspozycji, a powiem, że nawet chętnie widziałbym się z prokuratorskim zarzutem w ławie oskarżonych. Mam co prawda mocny immunitet: wiek podeszły – jestem dzieckiem wojny, ja horror faszyzmu przeżyłem; i moją terminalną, ciężką chorobę, chętnie się jednak tego immunitetu wyrzeknę. Z ławy oskarżonych głos mego obywatelskiego protestu, mojego gniewu, mojego „non possum” wybrzmiały głośniej, donośniej niż z obywatelskiego portalu. Więc „voiila”. I tym kończę ten mój lit do Pana, Panie Prezydencie, i jakże pragnę, żeby Pan go przeczytał, co zapewne nie nastąpi.

I jeszcze tylko apel do Was, drodzy Obywatele, ludzie wolni, świadomi swoich praw, świadomi najwyższej racji stanu Rzeczypospolitej. Ci najwrażliwsi, w których poczucie obywatelstwa tkwi od zawsze; i ci, w których obywatelstwo rozbudziło się kiedy postrzegli łapę podniesioną na z tak wielkim trudem uzyskany dar od losu, demokratyczne państwo prawa; i ci, którzy dopiero budzą się z chocholego snu. Jest nas przecież wielu, jest w nas moc – niech ona teraz wybrzmi, bo larum grają. Zakrzyknijmy wielkim głosem, jak Polska długa i szeroka: stop faszyzmowi, stop katastrofie, stop tej najokrutniejszej zarazie naszego czasu. Niech dobre moce będą z nami! I na tym kończę, i jak to wszystko z siebie już wyrzuciłem, jest mi choć odrobinę lżej.

Bogusław Stanisławski
 

Bogusław Stanisławski – polski działacz społeczny, zajmujący się prawami człowieka, inicjator i członek władz organizacji pozarządowych, prezes Amnesty International Polska w latach


 

Galeria


Łańcuch światła Radom
Marsze wolności
Manifestacje radom